Opowiadania

O Poturzynie z oddali - Zygmunt Kostrzewski

Pamięć moja sięga czasów przedwojennych. Ale tu chciałbym przedstawić też wiadomości zasłyszane od innych, ludzi z Poturzyna lub okolic. Zaczynając od figurki Najświętszej Marii Panny, mam nieco inne, niż przedstawione w opisie, informacje. Wielokrotnie słyszałem, że postawiono ją na pamiątkę córki właściciela majątku, wówczas nazwiska nie wymieniano - Marii, która w tym miejscu została ugryziona przez żmiję i w następstwie tego umarła. Według mnie za tą wersją przemawia napis na postumencie: "pamięci zmarłej córki pomnik ten poświęcają rodzice (.)", a więc zmarłej, a nie zamordowanej. Morderstwo wywołuje tyle emocji, że wydaje się iż zamiast słowa zmarłej użyto by słowa zamordowanej. Mówiono też, że wówczas las poturzyński sięgał aż do tego miejsca. Przed wojną i w czasie okupacji cmentarzyk przy figurze był bardzo ładnie utrzymany. Wyraźnie było widać poszczególne groby z ustawionymi na nich krzyżami i tablicami, na których były podane nazwiska. Krzyże miały charakter krzyży rzymsko-katolickich. Nazwiska były niemieckie. Mówiono, że tu pochowani zostali oficerowie austriaccy. Mówiono też, że w 1941 roku, gdy Niemcy gromadzili na tym terenie wojska by uderzyć na Związek Sowiecki - oficer niemiecki odnalazł grób swojego ojca. Przekazywano też informacje, że po bitwie rosyjsko-austriackiej w czasie I Wojny Światowej zwłoki żołnierzy obydwu przeciwników musieli zbierać na furmanki konne miejscowi chłopi, których Rosjanie nie zdołali przesiedlić w głąb swojego terytorium i zwozić do wspólnej mogiły w Radostowie. Za moich czasów mogiła ta swoimi rozmiarami rzucała się w oczy. Podobno teraz się jakby spłaszczyła. W czasie okupacji Niemcy, po wybudowaniu kolejki wąskotorowej z Łaszczowa do Witkowa, w okolicy figury zlokalizowali magazyny zbożowe, w których gromadzono kontyngent i którymi kierowała załoga niemiecka, ale miejscowi cywile, w tym okresowo kierownik szkoły polskiej w Poturzynie, Pan Lenkiewicz, też tam pracowali. Godzi się podkreślić, że kontyngenty były bardzo wysokie i powodowały głód w wielu rodzinach. Były ściągane z całą bezwzględnością, a na tych którzy nie chcieli lub nie mogli wywiązać się z nałożonej na nich daniny, spadały straszne represje, do rozstrzeliwań włącznie. Gorliwym egzekutorem nałożonych na ludność powinności był przybyły z Galicji, wójt komisaryczny, a także policja ukraińska, stanowiąca załogę posterunku w Poturzynie. Prawdopodobnie nazywał się Borys. Zamieszkał on w Poturzynie z młodą żoną i kilkuletnim synkiem. Co bardziej lękliwi mężczyźni wysyłali do gminy na rozmowy z wójtem, żony. Był łasy na wdzięki kobiece, natomiast mężczyzn maltretował strasznie.
Echa budowy poturzyńskiej cukrowni docierały aż do Wielkopolski. W tutejszej gazecie dla właścicieli ziemskich, "Ziemianin" z IXX w. można znaleźć informacje na temat jej przebiegu. Według przekazywanych ustnych informacji, początkowo wydajność cukrowni była niewielka i przerabiała buraki jej współwłaścicieli. Buraki po opłukaniu noszono do krajalni w workach, na plecach. Z pewnością właściciele cukrowni zdawali sobie sprawę z niedoskonałości takich procesów produkcyjnych. Mówiono, że właściciel Poturzyna (należy przypuszczać, że był to Tytus Wojciechowski) wyjechał do niemieckiego zagłębia cukrowego i tam w charakterze robotnika pracował w cukrowni. Po takiej praktyce miał rozeznanie jak nowocześnie (na tamte czasy) produkuje się cukier. Znalazł też fachowca, który opracował plany modernizacji cukrowni w Poturzynie. Cukrownia w dobrym stanie przetrwała do 1920 roku. W tym roku Zamojszczyzna zalana była kozakami I Armii Konnej Budionnego. W Poturzynie, Wasylowie i innych wsiach kwaterowali ci nieproszeni goście. Gdy zaistniało dla nich niebezpieczeństwo okrążenia przez Wojsko Polskie, nastąpił straszny popłoch. Z okrzykami "aby za rieczku" uciekali za Bug. I to właśnie oni podpalili swoje niedawne kwatery. Oprócz ruin ostał się w dobrym stanie biurowiec cukrowni. W tym biurowcu jeszcze w czasie okupacji mieściła się poczta i agencja oszczędnościowa (nie wiem czy okupant pozwolił ją nazywać PKO) oraz polska szkoła podstawowa. W 1943 roku ekipa złożona z młodych Ukraińców prowadziła przy murach jakieś wykopy. Mówili, że będzie tu łaźnia, a Polacy podejrzewali - że krematorium. Gdy nacjonaliści ukraińscy za aprobatą niemieckich protektorów zaczęli opanowywać administrację i inne dziedziny na naszym terenie, zabrali kościół w Nowosiółkach i urządzili tam cerkiew prawosławną. Polski kościół znalazł siedzibę w miejscowym pałacu. Zabrano też Polakom budynek szkolny, stojący zresztą do dziś i urządzono tam szkołę ukraińską. Tam też mieścił się posterunek policji ukraińskiej. Polska szkoła została przeniesiona do biurowca cukrowni, o którym wyżej wspomniałem. Pamiętam swoje lekcje w tej szkole. Prowadził je w I klasie kierownik - pan Lenkiewicz. Na lekcje religii przyjeżdżał ksiądz z Nowosiółek, który o ile się nie mylę, nazywał się Szymonowicz. Pracowało w tej szkole jeszcze kilkoro nauczycieli. Zapamiętałem kobietę, której nazwiska nie znam i młodego, wymagającego Ryszarda Suprynowicza. Ważnego na tym terenie żołnierza AK, pseudonim "Zawisza", komendanta II Rejonu, który poległ w dniu 5 kwietnia 1944 r. w walce z UPA po Ulhówkiem. Ruinami cukrowni zainteresowali się przedsiębiorcy z Zamościa, którzy stworzyli spółkę do wykupienia materiałów budowlanych pochodzących z rozbiórki ruin cukrowni. Miało to miejsce na początku okupacji. Pracami rozbiórkowymi z ramienia właścicieli kierował mój Ojciec, zaś przedstawicielem kupujących był pan Szwedziuk z Zamościa. Materiały rozbiórkowe były wywożone do Zamościa. W roku 1944 banderowcy dokończyli dzieła zniszczenia paląc zachowany biurowiec. Ostatnim właścicielem majątku ziemskiego Poturzyn był Włodzimierz Rulikowski, potomek starej rodziny szlacheckiej. On i jego rodzeństwo byli jakby ostatnim pokoleniem, kończącym ten stary ród. W stanie bezżennym przetrwał aż do 1943 r. Żoną jego została pani, właścicielka ziemska z Wołynia, która uciekając przed falą mordów, dokonywanych przez ukraińskich nacjonalistów, schroniła się przejściowo u pana Rulikowskiego. Włodzimierz Rulikowski miał za sobą karierę wojskową. Posiadał stopień majora rezerwy Wojska Polskiego. Prawdopodobnie zaczynał jako kawalerzysta, a zakończył jako pilot wojskowy. Utrzymywał koleżeńskie kontakty z pilotami pułku lotniczego, stacjonowanego we Lwowie. Wydarzeniem dla całej okolicy było lądowanie, na dworskiej koniczynie, klucza samolotów wojskowych. Lądowanie nie obyło się bez wypadku. Na jednym z samolotów zostało uszkodzone śmigło. Zostało ono dostarczone drogą lotniczą do Poturzyna. Po naprawie pilot dokonał oblotu technicznego samolotu, wykonując przy tym figury akrobacji lotniczej. W trakcie tzw. "korkociągu" pilot niebezpiecznie zniżył się. Przeraził się tym Włodzimierz Rulikowski, który - jak już wiemy - na lotnictwie znał się. Przez czas stacjonowania samolotów w okolicy lądowiska gromadziło się liczne grono ciekawskich, w tym pracowników majątku Poturzyn, między nimi mój Ojciec. Nie podobało się to panu Rulikowskiemu, który zwrócił się do Ojca z pytaniem - wyrzutem: czy na cegielni nie ma już roboty. W czasie okupacji trafiły w ręce mojej Rodziny trzy albumy ze zdjęciami Rulikowskich. Oprócz wielu - były zdjęcia Włodzimierza Rulikowskiego z czasów jego służby wojskowej, w tym przy samolotach i na samolotach, w czasie skoków spadochronowych i przy różnych innych czynnościach. Dziś byłaby to wspaniała pamiątka, mająca wartość historyczną. Niestety, jak wiele innych rzeczy, spaliły się za sprawą nacjonalistów ukraińskich. Do administrowania majątkiem Włodzimierz Rulikowski zatrudniał emerytowanych oficerów lub wykształconych agronomów, niektórzy posiadali nawet stopnie naukowe, jak np. dr Nowakowski. Sam Rulikowski też interesował się postępem w rolnictwie i stosował nowoczesne metody uprawy. W ostatnich latach jego gospodarowania na poturzyńskich polach głośno pracował traktor podobny do powojennych Ursusów tzw. "kolczatek". Obsługiwał go ówczesny mechanik dworski - Henryk Guzina. W mojej Rodzinie mówiło się, że traktor ten - to prezent imieninowy Włodzimierz Rulikowskiego od przyjaciela z Francji. Znane były zainteresowania wymienionego pszczelarstwem. Wiem, że pasieka jego liczyła około 40 pni pszczelich. Przy ich obsłudze popełniono powszechny wówczas błąd: czynności te powierzano dworskim ogrodnikom. Tak też było w Poturzynie. Nie wychodziło to na korzyść pszczołom. Były przypadki straty całej pasieki w wyniku błędów popełnianych przy jej przygotowaniu do zimowli. Włodzimierz Rulikowski był członkiem Warszawskiego Towarzystwa Pszczelarzy i ofiarnym działaczem tegoż. Na prośbę prezesa tego Towarzystwa, redaktora pisma "Pszczelarz Polski i Ogród" Stanisława Brzósko, Rulikowski reprezentował polskich pszczelarzy na XI Międzynarodowym Kongresie Pszczelarskim w Paryżu w dniach od 10 do 18 sierpnia 1937 roku. Był też autorem artykułów na tematy pszczelarskie, publikowanych m.in. w cytowanym wyżej Pszczelarzu Polskim i Ogrodzie, jak choćby w Nr 7 z lipca 1937 roku, pt. Z badań nad psychologią pszczoły. Był też autorem opublikowanych w tym piśmie szczegółowych sprawozdań z przebiegu kongresu w Paryżu. Prace pana Rulikowskiego świadczą, że był on człowiekiem dobrze wykształconym, znającym dogłębnie zagadnienia i z dużą wprawą władającym piórem. Pod tym względem góruje nad innymi autorami. Wiele okoliczności świadczy, że Włodzimierz Rulikowski starał się być dobrym gospodarzem. Prowadził poletka doświadczalne z nowymi odmianami, wystawiał na ogólnopolskich imprezach gospodarczych plony swoich pól i wytwórni m.in. mleczarni i cegielni. Był właścicielem cegielni polowej, usytuowanej przy drodze z Poturzyna do Horoszczyc, od końca lat 20-tych prowadzonej przez mojego Ojca. I choć była polowa, zaopatrywała okolicę w cegły i dreny. Wielokrotnie bywałem na terenie tej cegielni. W pamięci pozostał mi miejscowy wielkolud, Ukrainiec o nazwisku Traczuk, który w wielkim dole zasypanym gliną zwilżaną wodą z miejscowej sadzawki, nogami miesił tę glinę. Wydobywana z dołu glina była podawana na stoły, a tu jeszcze dodatkowo obrabiana i ładowana w drewniane formy, nadające kształt dwóm cegłom. Formy zawierały inicjały właściciela cegielni, "WR". Te inicjały odciśnięte były na każdej cegle. Kilkakrotnie, w czasie kierowania produkcją przez mojego Ojca, cegły te zdobywały wysokie lokaty na wystawach gospodarczych ogólnokrajowych, ale nigdy nie uzyskały pierwszego miejsca. Cegły tzw. "surówka" wynoszone były ze stołów na rozległy plac, odpowiednio wygracowany i wysypany piaskiem i tam przez jakiś czas schły, a następnie przenoszone były do przewiewnych szop, w których oczekiwały na załadunek do pieca i na tzw. "wypalenie". Piec opalany był drewnem. Biedniejsi ludzie, których nie było stać na kupno cegły zwanej "szamotką" kupowali tę surówkę i wykładali nią paleniska w piecach kuchennych i piecach do pieczenia chleba. Poturzyn i okalające go miejscowości: Wasylów, Witków i Nowosiółki, podlegały silnym wpływom nastrojów lewicowych. W pierwszych miesiącach 1935 roku zauważa się znaczne nasilenie tych nastrojów. Do krwawych zajść z policją doszło m.in. w Wasylowie w czasie stawiania oporu kominiarzom w czyszczeniu kominów. Uważano, że koncesjonowani przez sanację kominiarze są wywiadowcami władzy politycznej. W dniu 26 lutego 1935 roku w Wasylowie około 250 osobowa grupa ludzi starła się z policją, w wyniku czego został ranny Michał Rudź, który zmarł wkrótce, zaś 5 innych osób zostało ciężko rannych. Po zajściach w Wasylowie członkowie KPZU (Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy), urządzili masówki w Nowosiółkach i Witkowie, utrzymując, że Rudź "padł w obronie biedoty chłopskiej". Pogrzeb zmarłego, który odbył się 28 lutego 1935 roku zgromadził ponad 1000 osób. Odpowiedzią władz państwowych na radykalizację mas ludowych Lubelszczyzny w 1936 roku była pacyfikacja wielu wsi m.in. w powiecie tomaszowskim. Miejscowości takie jak: Łaszczów, Poturzyn i Telatyn, Wólka Poturzyńska, Kmiczyn, Witków, Żabcze, Krysin, Małoniż, Marynin, Radków, Franusin, Łykoszyn, Steniatyn i Dutrów przewidziano do pacyfikacji w II etapie, to jest w czasie od 1 do 8 października 1936 r. W Poturzynie, Wasylowie i innych miejscowościach kolportowano ulotki "o krwawej pacyfikacji". Po pacyfikacji, w latach 1938 - 1939 rozpoczęto tzw. akcję rewindykacyjną, w wyniku której zburzono w miejscowościach nadbużańskich 138 cerkwi. Drewno z tych cerkwi przywożono do cegielni na opał. Znajdowały się w nim też rzeźby świętych. Jeden z pracowników, Ukrainiec, którego Ojciec nazywał Miron, z tych świątków zrobił kapliczkę i przed ich wrzuceniem do pieca, parodiował modlitwę "Matko Bosko mów po polsku". Dziedzic Rulikowski interesował się pracą cegielni i często ją odwiedzał przyjeżdżając pojazdem, zwanym "linijką", zaprzężonym w jednego konia. Rulikowski miał pretensje do władz wojskowych, że go przed wybuchem wojny nie powołały do wojska, bo przecież był oficerem z doświadczeniem bojowym. W czasie działań wojennych, wydał stacjonującemu w Poturzynie oddziałowi wojskowemu pięknego, rasowego buhaja, nazywanego "Nemrot". Po dwudziestym września 1939 roku na tereny nasze wkroczyły wojska sowieckie. Muszę przyznać, że był to jakby pokaz siły, czołgi, samochody, motocykle, warsztaty mechaniczne na podwoziach samochodowych. Miejscowi komuniści i nie tylko oni, gdyż nawet nacjonaliści, pałający nienawiścią do wszystkiego co polskie przyłączyli się do nich, zorganizowali im uroczyste powitanie. Na odcinku drogi pomiędzy Marią a szkołą (tak mi się wydaje) wybudowano bramę tryumfalną, a w centrum Poturzyna, przy budynku urzędu gminy został zwołany przymusowy wiec. Wyłoniono delegację powitalną i ta udała się w okolicę Marii, gdzie zatrzymały się sowieckie pojazdy bojowe. Delegacja na tych pojazdach wraz z sowieckimi załogami przyjechała na wiec. Orkiestra dęta grała sowieckie marsze wojskowe m.in. "jesli zawtra wajna, jesli zawtra pachod.". Politrucy sowieccy głosili, że są wyzwolicielami, zaś miejscowi Ukraińcy wyrażali radość, że nareszcie skończyła się ich 20 letnia niewola w polskim państwie. Na zakończenie wiecu politrucy ogłosili, że "co jest zrabowane może być zrabowane". Filozofia tego hasła polega na tym, że dziedzic - obszarnik zdobywał swoje mienie rabując (wyzyskując) swoich robotników, wobec tego jego mienie można też rabować. I rozpoczął się szturm na poturzyński pałac. Cenne mienie, jak meble i wyposażenie wnętrz zostało wywiezione na wschód przez wojsko sowieckie. Inne, jak np. książki było bezmyślnie niszczone. Chcę dodać, że w tym czasie w Poturzynie przebywała pewna ilość ludzi napływowych, uciekinierów, zmierzających w kierunku Zaleszczyk. Oni też musieli uczestniczyć w wiecu i oni nawet nie mogli ukryć swojego strachu. Z pobytu wojsk sowieckich w Poturzynie pamiętam też pospuszczane stawy, ogniska na naszym ogrodzie i sałdatów opiekających nad nimi ryby (karpie), wchodzących do naszego domu z żądaniem chleba. Na krytykę Ojca, że co to za armia, która nie ma chleba, odpowiadali, że u nich wszystko jest aż w nadmiarze. Tylko jeden widząc, że nie ma innych żołnierzy, powiedział do Ojca: "u nas charaszo - tolka kuszat niczawo" (u nas dobrze - tylko nie ma jedzenia). W październiku 1939 r. sowieci wycofali się na wschód, za Bug. Z tego czasu zapamiętałem taką scenę: na naszym podwórku stoi furmanka z końmi, a obok niej stoi wujek Józef P. z Wasylowi i mój Ojciec. Wujek namawia Ojca do wyjazdu do Związku Sowieckiego i w pewnym momencie mówi: "szwagier żebyście nie mieli do nas pretensji. W tej sytuacji my o was pamiętać nie będziemy. Jedziemy do kraju dobrobytu, a wy zostajecie pod okupacją niemiecką". Niebawem dowiedzieliśmy się do jakiego trafili dobrobytu. Po kilku dniach wkroczył nowy okupant, Niemcy. W czasie okupacji niemieckiej na terenie dworskim stacjonował niewielki oddział Wermachtu, zmieniany co jakiś czas. Prawdopodobnie były to oddziały wycofywane z frontu wschodniego na wypoczynek. W tym czasie często po wsi rozlegały się śpiewy: "heili, heila ..". Wspomniałem o cegielni dworskiej, ale w Poturzynie była też i inna, której ruiny stoją do dziś, nowoczesna, nazywana przed wojną "rządową". Wybudowano ją na krótko przed wybuchem wojny. Jednym z powodów lokalizacji tej cegielni w Poturzynie była wspaniała glina, oceniana przez ekspertów jako nawet nadająca się do wyrobu fajansu. Prace budowlane prowadziła ekipa przybyła z zewnątrz. Ich kunszt budowlany budził podziw mieszkańców Poturzyna licznie odwiedzających plac budowy. Wspomnę, że mistrz po zakończeniu budowy komina, na oczach licznie zgromadzonych poturzynian, stanął na jednej nodze na samym jego szczycie. Prace budowlane nadzorował inżynier, którego nazwiska nie pamiętam (brzmiało ono z niemiecka), też przybyły z zewnątrz (może z Zamościa?). Był on częstym gościem w naszym domu, gdyż jeszcze przez pewien czas przyuczał mojego Ojca do prowadzenia tej cegielni i właśnie on dokonał jej rozruchu. Poturzyn jak już wiemy z wcześniejszym zapisów był wielowyznaniowy. Najliczniejszą grupę stanowili prawosławni. Ostatnim popem w Poturzynie był ksiądz Lewczuk. Rodzina jego przejawiała tendencje do polonizowania się. Córka wyszła za mąż za Polaka, podoficera zawodowego, Pana Kazimierza Zarembińskiego, syna rządcy folwarku w Nowosiółkach. Syn zaś był podoficerem zawodowym w polskim lotnictwie wojskowym. Trafiłem w literaturze lotniczej na nazwisko podoficera Lewczuka, nie wiem czy tego, o którego nam chodzi. Jest tam wymieniony jako należący do personelu technicznego. Zapis w "Księdze Lotników Polskich, Poległych, Zmarłych i Zaginionych 1939-1946" brzmi następująco: "P-780882 Lewczuk Michał, kpr. mech.- LAC, ur. 1.X.1916. Skierowany do 18 OTU w Bramocote. Zm. 5.III.1943 w szpitalu RAF Rauceby. Pochowany na cmentarzu w Newark, grób Nr 314." Przed wojną Poturzyn przez kilka dni był poruszony przylotem samolotu nad dom Lewczuków. Z krążącego samolotu został zrzucony spadochronik, zrobiony z chusteczki, zawierający pozdrowienia dla rodziców. Pani Lewczukowa była tym bardzo wzruszona. Od siebie jedynie dodam, że było możliwe, iż kpr. Lewczuk, choć nie był pilotem znalazł się w samolocie, lecącym nad Poturzynem. Gdy przyszedł tragiczny rok 1944 i Polacy uciekali z Poturzyna w głąb Kraju, a Ukraińcy na wschód i południowy wschód, pop Lewczuk wyjechał w okolice Warszawy. Nie wszyscy parafianie księdza Lewczuka byli z niego zadowoleni. Mieli mu za złe, że w czasie podawania informacji parafialnych podkreśla m.in. konieczność przestrzegania polskich świąt religijnych, uznanych przez państwo. W Poturzynie były dwie cerkwie. Jedna, można tak nazwać główna w pobliżu zabudowań dworskich, na placu górującym nieco nad wsią i druga - cmentarna. Cerkiew główna była świątynią okazałą, wykonaną z budulca drewnianego. Częściowo zdewastowana przetrwała ona na starym miejscu do początku lat pięćdziesiątych. Za zgodą odpowiednich władz została rozebrana i wywieziona do miejscowości, gdzieś na północy, gdzie znajdowało się większe skupisko wyznawców prawosławia. Nie wiem czy i gdzie została ponownie wybudowana. Wiem, że ekipa rozbierająca wykonywała swoje obowiązki z dużą starannością, dbając o każdy element budowli. Cerkiewka cmentarna została rozebrana przez parafian nowosieleckich i przewieziona na teren przy kościele w Nowosiółkach jeszcze przed końcem lat czterdziestych. Miała stanowić materiał na budowę domu parafialnego dla księdza Pereta. Nie wiem czy tak się stało, bo przypominam sobie, że materiał rozbiórkowy leżał tam dłuższy czas. Młodszym mieszkańcom Poturzyna chcę przypomnieć, że na cmentarzu prawosławnym zostali pochowani nie tylko ludzie. Podczas okupacji hitlerowskiej nacjonaliści pochowali tam Polskę. Przez te tereny przeszła taka nacjonalistyczna maniera, że prawie w każdej wsi, a przede wszystkim tam, gdzie były cerkwie, odbyły się nacjonalistyczne hece - pogrzeb Polski. Kopiec - mogiła znajdował się za ogrodzeniem cmentarza, w lewym jego rogu, tuż przy szosie do Nowosiółek. Kopiec ten o podstawie jakieś 5 m. i takiej wysokości, przetrwał do "Akcji Wisła", a więc do lipca 1947 roku. Został zlikwidowany przez stacjonujący w Poturzynie garnizon Wojska Polskiego. Podobno podczas likwidacji znaleziono jakieś notatki, zakopane tam przez komitet, który ten pogrzeb organizował. W dniu 1 marcu 1943 roku polskie podziemie akowskie zlikwidowało w Poturzynie pięciu policjantów ukraińskich i wójta komisarycznego, znanych z gorliwej służby hitlerowcom i agresji w stosunku do Polaków. W pogrzebie, który się odbył niebawem musiał uczestniczyć przynajmniej jeden członek każdej polskiej rodziny. Jak wiemy ze wspomnień uczestników zamachu w dniu jego wykonania była pogoda raczej wiosenna, a więc śnieg topniejący, mgły i nawet deszcz. Natomiast w dniu pogrzebu pogoda była czysto zimowa. Mróz, śnieg, zamieć. W kilkadziesiąt minut po pogrzebie wszystkie te zjawiska, z wyjątkiem mrozu ustąpiły. Ludzie mówili: "diabła pochowano i pogoda się zmieniła". Diabłem nazywano wójta. Groby policjantów i wójta znajdowały się po prawej stronie, przy dróżce prowadzącej od bramy wejściowej na cmentarz do cerkiewki cmentarnej. Żadnych krzyży na nich nie postawiono. Już wyżej wspomniałem, że wójt miał młodą żonę i kilkuletniego synka. Mieszkała ona w Poturzynie do lutego 1944 roku. W tym czasie wielu mieszkańców Poturzyna i okolic zaczęło opuszczać swoje domostwa i wyjeżdżać do miejscowości bezpieczniejszych dla Polaków. Znaleźliśmy schronienie w miejscowości Przewale, u mieszkającej tam z konkubinem ciotki Pauliny Gasiewicz. W tym czasie przybyli do Przewala dwaj synowie Ciotki, mieszkający razem z ojcem, Władysławem Gasiewiczem w Poturzynie. Starszy z nich, Feliks przywiózł wdowę po wójcie, Ukrainkę, wraz z jej synkiem, która przez około dwa tygodnie mieszkała razem z nami, korzystając z bezpłatnego zakwaterowania i wyżywienia. O właśnie - wyżywienia. Kiedy wszyscy zasiadaliśmy do stołu, zaczynały się kłopoty pani wójtowej. Synek głośno oświadczał, że polskiego chleba jeść nie będzie. Wykrzykiwał też i inne slogany antypolskie. Pobyt tych osób stawał się niebezpieczny dla nich wobec narastających nastrojów antyukraińskich i Felek Gasiewicz zorganizował im wyjazd do Zamościa. Jakie były ich dalsze losy? Nie wiem. Warto tu dodać, że w tym czasie w kolejnych dwóch napadach na Poturzyn zostało zamordowanych około 200 Polaków, w tym Władysław Gasiewicz. Głaz - Pomnik z nazwiskami pomordowanych stoi na miejscu dawnej chałupy Gasiewiczów. Jesienią 1945 roku co odważniejsi Polacy zaczęli powracać do Wasylowa. Przybywali tu też niektórzy dawni mieszkańcy Poturzyna, ale do Poturzyna bali się wracać. Już wtedy władze państwowe postanowiły, że Poturzyn będzie nadal siedzibą gminy, która przynależeć będzie do powiatu tomaszowskiego (w czasie okupacji należała do - hrubieszowskiego). Wyznaczono też wójta komisarycznego, którym został pan Proć, mieszkaniec Poturzyna, tymczasowo mieszkający w Wasylowie. Początkowo nie miał on zaplecza w postaci urzędu gminy, ale w roku następnym zorganizował go w Wasylowie, w mieszkaniu państwa Wójcików. Pod koniec lata urząd przeniósł się do Poturzyna. W 1945 roku zorganizowano też w Poturzynie posterunek Milicji Obywatelskiej. Trudno mi powiedzieć ilu było milicjantów i czy byli dostatecznie uzbrojeni. Wydaje się, że jednego i drugiego nie dostawało. Poturzyn był w tym czasie wyludniony i chyba na stałe zamieszkiwała tam tylko znana żebraczka, "Tosia", której prawdziwego imienia, ani nazwiska nikt nie znał. Mieszkała w Poturzynie od zawsze. Mieszkanie jej stanowiła piwnica pałacowa, a towarzyszyły jej pieski, z którymi przychodziła do Wasylowi. W dniu 23 października 1945 roku Posterunek MO w Poturzynie został podstępem zdobyty prze UPA. Szeregowi milicjanci po rozbrojeniu, po rozebraniu z mundurów i po chłoście zostali puszczeni wolno. Banderowcy zabrali z sobą komendanta i zastępcę komendanta posterunku, a więc: Ludwika Kozaka s. Franciszka, urodzonego w 1922 roku i Władysława Ślepokurę, s. Marcina, urodzonego w 1925 roku w Korczowie, pow. biłgorajskiego. Słuch o nich zaginął. Posterunek czasowo przestał istnieć. Jeden z nich był żonaty. Żona zaniepokojona losami męża przyjechała, po upływie kilku dni od jego uprowadzenia, do Wasylowi i tu zanocowała u sołtysa komisarycznego, pana Jana Sobolewskiego. Tak się złożyło, że tej samej nocy na gospodarstwo sołtysa napadła banda polskich rabusiów. Po obejrzeniu wnętrza mieszkania, udali się oni do zabudowań gospodarskich, z których zabrali dwa konie, krowy i inny dobytek. Konie zaprzęgli do wozu, krowy uwiązali do niego z tyłu, a resztę dobytku załadowali na wóz. A gdy byli już gotowi do odjazdu, powrócili do mieszkania, "zająć" się młodą kobietą, którą wyprowadzili do stodoły. Tak więc rodzina Państwa Sobolewskich została bez środków do życia, a młoda kobieta kolejny raz strasznie skrzywdzona. Z Poturzyna dochodziły do Wasylowa odgłosy zrywanego poszycia dachowego i więźby dachowej ze szkoły przez Ukraińców z Lisek i okolic, ochranianych przez banderowców. Pierwszy remont tej szkoły przeprowadził pan Kowalski z Poturzyna, stolarz i mój brat, Henryk Kostrzewski, uczeń stolarski. Do 1947 roku w całej dawnej gminie poturzyńskiej nie funkcjonowała żadna szkoła. Dopiero na jesieni tego roku otwarto szkołę w Wasylowie z obsadą jednego nauczyciela, wspaniałego człowieka i wyjątkowo przystojnego mężczyzny, Stanisława Surowca. Uczyły się tu dzieci, oprócz wasylowskich oczywiście, z Poturzyna, Żabcza, Suszowa, Nowosiółek, a nawet Telatyna i Radostowa.